'' Pierwszy miarowy wąsacz'' | Forum sumowe


Portal ludzi z pasją tworzony przez ludzi z pasją

W życiu są tylko wierne trzy rzeczy: pieniądze, pies i stara kobieta. Z praw Murphy'ego


Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło

Ostatnie Fotki

Życióweczka 198 cm
Odrzańskie 198 cm
wobler sumowy Sowa
wobler sumowy Sowa
wobler sumowy Sowa
woblery sumowe Sowa
Testy Mikado
Sum na woblera Sowa

Na forum na skróty

Witamy na stronie poświęconej rekinowi słodkowodnemu ;)

Na tym forum dowiecie się jak złowić suma, jaki potrzebujecie sprzęt do tego celu, jakich metod najlepiej użyć do łowienia tej ryby, a także zobaczycie duże sumy łowione przez naszych użytkowników, rekordowe sumy w Polsce i na świecie i wiele innych informacji dotyczących Suma Europejskiego i nie tylko. Zapraszamy wszystkich do zarejestrowania się i aktywności na Naszym Portalu.

Wyjazd Grupowy Ebro Hiszpania 2017

Wyjazd Grupowy Ebro Hiszpania 2017
Szczegóły w tym temacie: Wyjazd Grupowy Ebro Hiszpania 2017

'' Pierwszy miarowy wąsacz''

październik 15 2014 NEWSY OGÓLNE Adam Szeglowski
'' Pierwszy miarowy wąsacz''

"Pierwszy miarowy wąsacz" - materiał konkursowy "Wygraj wyprawę nad Ebro"



Do napisanie tego opowiadania zbierałem się 2 tygodnie. Cały czas przechodziły przeze mnie myśli: ''Napisać, czy nie napisać - oto jest pytanie''. Trochę z braku wolnego czasu, trochę z wszechogarniającego lenistwa nie mogłem się zebrać w sobie, żeby siąść przed komputer i pomęczyć troszkę palce, aby coś napisać. Po wygospodarowaniu paru chwil zdecydowałem, że spróbuje coś ciekawego stworzyć i wziąć udział w ciekawym konkursie.

pierwszy miarowy wąsacz



Cała historia zaczęła się w 2006r. Jako niespełna 18-latek uczący się w technikum czekałem z niecierpliwością na upragnione wakacje. Z racji tego, że od kliku lat wraz z rodzicami i bratem spędzaliśmy ok. 1-2 tygodni wakacji nad wodą, to i tego roku tradycyjnie znowu gdzieś pojedziemy wypocząć. Tym razem pojechaliśmy nad nową wodę, gdzie nigdy nie łowiliśmy, a o której tylko słyszeliśmy, że ''fajne rybki tam pływają''. Po kilku spacerach nad wodą, wytypowaliśmy jedno miejsce, na którym chcieliśmy rodzinnie spędzić cały pobyt. Termin padł na druga połowę lipca. Rodzice zaplanowali urlop i już nic nie stało na przeszkodzie, żeby w tym terminie robić to, co uwielbiamy, czyli spędzać czas nad wodą
''z kijem w ręce''.

Tradycyjnie jak przed każdym dłuższym wyjazdem należy zrobić inwentaryzację w sprzęcie wędkarskim oraz turystycznym. Dokupiliśmy brakujące akcesoria: żyłki, haczyki, świetliki, zanęty, itp. Ogólnie to, czego było mało lub brakowało, żeby później nad wodą nie okazało się, że nagle jest coś potrzebne, a my tego nie mamy, bo zapomnieliśmy kupić. Przed wyjazdem zaplanowaliśmy, że głównymi rybami, które będziemy starali się złowić to sandacz oraz karp i amur, na połów których zaraził nas znajomy 2 lata wcześniej.

Jest tydzień do wyjazdu - czas zacząć kulać kulki proteinowe. Wszystkie podstawowe składniku potrzebne do wyprodukowania kulek kupuje w pobliskich sklepach spożywczych. Kilka tajnych dodatków, które są potrzebne, żeby dopalić odpowiednio przynętę muszę kupić w zaprzyjaźnionym sklepie wędkarskim. Jakoś nie jestem zwolennikiem kupowania gotowych kulek, ponieważ trochę drogo wychodzą (ale nie zawsze), a po drugie zawsze miałem ogromną satysfakcję, że ryby złowione na przynęty sporządzone przez samego siebie dają dużo więcej satysfakcji, niż na przynęty kupne. I jakoś do tej pory cały czas tak sądzę.

pierwszy miarowy wąsacz



Podczas całej ceremonii, związanej z produkcją kulek, rozmyślamy z ojcem nad taktyką, jaką zastosujemy na łowisku. Co, gdzie, na co? Aż tu nagle, ni stąd, ni zowąd, przyszła do nas myśl: jest początek lipca, to może także SUM!!! Podobno to rewelacyjny okres na połowy tego drapieżnika. Tak sobie myślimy - doświadczenia w połowie suma nie mamy, sprzętu do jego połowu także. Chyba porywamy się z motyką na słońce. Ale spróbować trzeba, przecież to nic nie kosztuje, a trochę informacji na temat ryby już mamy z kilkunastu przeczytanych gazet wędkarskich. Po kilkunastu kwadransach, w pełni zadowoleni z wykonania kulasów, rozważamy, co potrzebne by było ze sprzętu na tego drapieżcę. Katalogi w dłoń i szukamy. Miał to być kij, który posłuży nie tylko na połów suma, ale także przyda się do inny celów. Po dłuższej chwili wybór padł na wędkę SPOD. Cena była ok., pisało, że bardzo mocny, służy do zanęcania rakietą zanętową na dalekie dystanse oraz może służyć do połowu suma. Szybki telefon do firmy, zamawiam i na następny dzień kijek jest już u mnie w rekach. Jeszcze tylko szybki zakup żyłki 0.45, dużej kotwicy nr 1 (na tamte czasy to dla mnie była kotwica od statku), plecionka na przypon strzałowy, kilka ciężarków, kilka spławików (o nich dokładnie później) w zależności od wielkości żywca i plecionka na przypon. Kołowrotek wykorzystam z karpiówki. A więc wszystko mamy, można ruszać na wielkie łowy.

Dzień wyjazdu zaplanowaliśmy na piątek - godziny poranne. Samochody spakowane. Pobudka o 4 rano, szybka kawa i herbata i pędzimy z ojcem nad wodę, żeby nikt nie zajął nam miejsca. 5 rano dojeżdżamy do stanowiska. Patrzymy z daleka - jest wolne. Powoli dojeżdżamy, skręcamy na stanowisko i ... myślałem, że nas rozerwie. Zajęte!!! Jaka wiązanka w samochodzie szła to nawet w niektórych filmach takich nie ma. Mówimy do siebie, wracamy! Ale podjeżdżamy na miejsce, patrzymy jeden wędkarz, 2 wędeczki, krzesełko, chyba na chwile przyjechał. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że przyjechał na chwilę i jak skończy łowić, to bez problemy udostępni nam stanowisko. Przynajmniej konkretna osoba i konkretna rozmowa. W między czasie powoli rozbijamy obóz. Namioty, ponton, wędki. Najgorsze w tym, że pogoda na takie czynności nie sprzyjała. +30stopni, zero chmur, lejący się żar z nieba. Co zrobić, trzeba przeżyć. Po jakimś czasie, Pan się spakował, życzył udanych łowów, chwilę jeszcze pogadał i pojechał, a my siedzieliśmy pod parasolem, bo już nie można było wytrzymać z upału. Około południa dojechała mama z bratem i w ten sposób zaczął się nasz wakacyjny rodzinny pobyt.

pierwszy miarowy wąsacz



Spławikówki poszły w ruch, trzeba złapać odpowiedniego żywca na sumka. No właśnie, trzeba by, a nie można. Kilka godzin łowienia, kilka małych rybek, jeden rak i nic konkretnego. Ok 18 branie i trafiła się przepiękna 27cm płotka. Cudeńko, chyba nigdy takiej nie złowiłem - przynęta idealna mówie. Próbujemy jeszcze coś połapać, ale nic nie bierze. W między czasie zarzucamy wędki na karpia, trochę nęcimy i czekamy na branie.

Czas przygotować wędkę na suma. Zakładam spławik 30 gram i tak patrząc na niego stwierdzam, że jest 4 razy za mały na tę płotkę. Co tu zrobić, fatalna sytuacja, nie spodziewałem się, że będę zakładał takiego dużego żywca. Na myśl przyszła mi tylko jedna zwariowana możliwość, skonstruować duży spławić z 4 mniejszych - istne szaleństwo. Ale cóż, do dzieła!. Po dłuższej chwili, coś mi zaczyna z tej prowizorycznej konstrukcji wychodzić. Długie na 20cm, średnicy 5cm coś, co przypomina indiański Totem. Ze śmiechu nie mogłem się powstrzymać, jak to widziałem (i nie tylko ja), ale innej możliwości nie było i ''to coś'' zamontowałem na wędce jako spławik. W sumie przy tej pogodzie, która panowała nie można było trzeźwo myśleć. I dobrze.

pierwszy miarowy wąsacz



Słońce chyliło się ku zachodowi. Kiedy już miałem zakładać płotkę na hak, stwierdziłem, że chyba daruje tej płotce wolność. Nie chcę jej zakładać, była zbyt ładna, żeby ją kuć taką kotwicą. Mówiono mi, że mam się pospieszyć, bo zaraz będzie ciemno, a ja nie mogłem się przełamać. Trwało to dłuższą chwilę, ale myśli związane ze złowieniem dużego suma sprawiły, że się przełamałem i zdecydowałem, że jednak ta płotka posłuży jako przynęta. I tak się stało. Nabiłem ją i wywiozłem w miejsce, gdzie mieliśmy namierzony ciekawy dołek za pomocą echosondy, wręcz miejsce książkowe, gdzie na branie nie można było długo czekać. Czynności z postawieniem żywca zajęły trochę czasu, że gdy przypłynąłem do brzegu, było już praktycznie całkowicie ciemno. Spławik postawiłem ok. 100 od brzegu bez żadnej bojki, bez przywiązania do drzewa, bez żadnego ciężaru, który by trzymał żywca w jednym miejscu. Po prostu nie znaliśmy metod, które teraz stosuje.

pierwszy miarowy wąsacz



Po ciężkim dniu, związanym z przygotowaniem całego obozowiska i piekielnym upałem, wszyscy byli tak zmęczeni, że nikt nie chciał pilnować wędek, tylko iść spać jak najprędzej. Rodzice poszli spać do namiotu. Ja z bratem zdecydowaliśmy się spać pod parasolem przy wędkach. Może przeczuwaliśmy, że złowimy jakąś rybę, a może byliśmy tak zmęczeni, że nie mieliśmy sił dojść do namiotu. Patrzymy na spławik ze świetlikiem, cały czas pracuje, to prawo, to lewo, góra i dół. Jest dobrze, ryba kusi swoim zachowaniem drapieżniki. Wpatrując się w wodę, każdy z nas myślał, co ciekawego przyniesie ten pobyt: jakie rybki, może nowe rekordy życiowe.

Nie wiem, kiedy, ale oczy same się zamknęły i odpłynęliśmy w błogi sen. Po jakimś czasie ocknąłem się i patrzę na spławik. Ze 100m zrobiło się jakieś 10 od nas. Myślę: rewelacyjnie, cała robota na marne! W bankowym miejscu zestaw postawiony, a teraz pląta się pod nogami. Zapewne całe 100 metrów żyłki jest poplątane o korzenie zatopione w wodzie. Dodatkowo zestaw z żywcem pewnie tak się poplątał, że tylko ucięcie żyłki będzie najlepszym rozwiązaniem. I jeszcze te rośliny przy brzegu. Brrr30; Lepiej ten wyjazd nie umiał się zacząć. Co tu robić, myślę? Budzę brata, aby mi pomógł przewieźć zestaw na nowo, tam, gdzie był. Może przy okazji uda się to jakoś rozplątać. Ale po reakcji braciszka widzę, że nici z pomocy. Godzina ok. 23. Widocznie nie chciał sam zostać na brzegu, gdy wszyscy spali, a ja w tym momencie bym pływał w ciemnościach. Nie miałem mu tego zazłe, z racji tego, że był młodszy ode mnie. Mówię: trudno, jutro też jest dzień, będzie jasno, rozplątamy zestaw, ponownie wywieziemy i będzie git. Kładziemy się ponownie spać Zamykamy oczy i do razu zasypiamy.

Sen nie trwał z byt długo, chyba ze 20 minut. Coś obok mnie niemiłosiernie piszczy na cały zbiornik. Nie wiedziałem, co się dzieje. Otwieram oczy i patrzę, że jeden z sygnalizatorów miga jak zwariowany, do tego cały czas piiiiiiiii... Chyba bateria słaba i się zaciął. Ale to nie możliwe, bateria jest nowa. Przyglądam się sygnalizatorowi i próbuje się zorientować, co to za wędka? To ta sumowa! Szukam spławik ze świetlikiem, a tu nic. Ani świetlika, ani spławika. Co jest, branie? Podbiegam do wędki, patrzę, a tu z kołowrotka żyłka ubywa jak oszalała. Co tu robić? Zacinać czy czekać? Totalnie zgłupiałem. Wołam głośno do brata: Wstawaj! Branie! Sum bierze! Szybko się przebudził, podbiega do mnie i też nie może uwierzyć w to, co się dzieje. Oboje jesteśmy zaskoczeni całą tą sytuacją. Kilka minut wcześniej spławik był ''pod nogami'', a tutaj takie rzeczy się dzieją. Mówię do brata: ''zysk albo w pysk'', zacinam! Biorę wędkę do reki. Żyłka cały czas umyka z kołowrotka. Szybko dokręcam hamulec, czekam aż żyłka odpowiednio się naciągnie i energicznym ruchem mocno zacinam. Myślę zaczep. Nie mogłem wędki ani o milimetr podnieść do góry. Co jest, myślę! Aż tu nagle zaczep ożywa i powoli wędka gnie się ku dołowi. Ledwo umiem ustać na nogach, ryba ciągnie, a ja nie potrafię nic zrobić. Obrała sobie azymut na pewien punkt i z całych sił próbuje się tam dostać. Łapie lekko za szpule kołowrotka, aby utrudnić rybie wybieranie żyłki. W tym momencie czuje, że ryba mnie ciągnie. Takiego czegoś nie przeżyłem nigdy w życiu, tylko na filmach takie sceny się dzieją. Brat w szoku oglądając całą tę akcję. Szybko biegnie do namiotu budzić ojca, żeby nam pomógł. Krzyczy: tata wstawaj, Adam ciągnie suma! Reakcja ojca tylko jedna: Daj mi spokój, chcę spać! Po kilku chwilach tatę udało się wybudzić ze snu. Wyciąga głowę przed namiot i widząc wędkę, wygiętą do granic możliwości, zdaje sobie sprawę, że rzeczywiście holujemy jakąś wielką rybę. Szybko budzi mamę i po paru chwilach wszyscy są już przy mnie i obserwują całą sytuację. Cały hol to istne przeciąganie liny. Ja podciągam rybę o 10 metrów, a ona w tym czasie wyciąga 20 metrów. Śmiejemy się, że wyciągnęła tyle metrów, że pewnie już po drugim brzegu biegnie. Całe te przeciąganie trwało z 15 minut. Gdy sum zbliżał się do brzegu, zdałem sobie sprawę z tego, że kilka metrów przede mną jest korzeń i muszę uważać, żeby o niego nie zahaczył, bo może być groźnie. Podczas końcówki holu z wody wyłania się przypon strzałowy. Najwięcej obaw miałem, czy się nie zerwie, ponieważ miałem problem go zawiązać, ale dzięki pomocy ojca udało się. Powoli zaczął wyłaniać się spławik, ale tylko na chwile. Gdy sum poczuł brzeg, jak oszalały ponownie ciągnął w stronę wody. Sytuacja powtórzyła się kilka razy, aż sum opadł z sił i można było go opanować. Mamy go przy brzegu i myślimy jak go podebrać, dalej nie wiedząc, jaki jest wielki. Mówię tacie, aby podebrał go od ogona. Próbuje podebrać, ogon w środku, ale połowa dalej poza nim. Co teraz? Wziął podbierak i pionowo wsadził go za sumem i powoli przyciągnął go do brzegu. Ubrał rękawice, złapał za dolną szczękę i wysunął suma na przygotowaną matę. Jest ogromny r11; krzyczy. Świecimy na niego, istny potwór. Uśmiech od ucha do ucha pojawił się na twarzach każdego z nas. Delikatnie go wypinam, kotwiczka w samym kąciku paszczy, prawie jak w książce. Odkładam wędkę, biegnę szybko po miarę. Miara wskazuje 166 cm. Masakra, co za ryba. Następnie delikatnie wsadzamy rybę do dużego worka karpiowego i umieszczamy suma w wodzie, żeby z samego rana zrobić sesje zdjęciową. Wszyscy cieszymy się jak dzieci. Nigdy nie sądziliśmy, że zobaczymy taką rybę na żywo, a tym bardziej, że taką sami złowimy. Po całym tym wydarzeniu dzwonie do znajomego z wspaniałą nowiną na temat połowu. Poprosiłem, żeby zabrał wagę, bo moja na pewno jest za mała, oraz drugi worek, aby nam nie uciekł. Nie minęła chwila, a on już do nas dojeżdżał. Zaczął gratulować i wypytywać o szczegóły połowu. Wszystko mu powiedzieliśmy w najmniejszych szczegółach. W między czasie umieściliśmy suma w dodatkowym worku i ponownie znalazł się w wodzie. Wszyscy poszliśmy do namiotu, aby wspólnie spędzić czas do świtu, żeby można było popstrykać kilkanaście fajnych fotek.

pierwszy miarowy wąsacz



Po woli zaczęło świtać. Nie wiadomo kiedy, pojawiło się trzech panów i zapytali, kiedy będziemy robić zdjęcia sumowi, ponieważ chcieli go zobaczyć, tłumacząc, że nigdy nie widzieli takiej ryby. Tak sobie myślę: skąd ktokolwiek dowiedzieli się, że mamy suma, przecież nikomu o nim nie mówiliśmy. Prawdopodobnie podczas połowu, byliśmy na tyle głośno, że wszyscy ludzie do dokoła nas słyszeli. Mówimy niech przyjdą ok. 7 rano to wszystko zobaczą. I tak się stało. 7:00 meldują się u nas. Jak obiecaliśmy, wyjmujemy suma na matę. Teraz trzeba było by go zważyć. Znajomy wyjmuje wagę, którą przywiózł ze sobą. Podnosimy i waga wskazuje 32kg w dwóch workach. Wyjmujemy suma na matę i ważymy puste worki: 4kg, czyli sum waży 28kg. Wspaniale. Z ciekawości każdy chce go dotknąć, jaki jest i wszyscy zgodnie uznają, że w dotyku jest jak aksamit. Panowie widząc taką rybkę, aż boją się do niej podejść, wolą stać obok - skwitowali. Przygotowane aparaty w dłoni i sesję zdjęciową można uznać za otwartą. Po kilkunastu fotkach bierzemy suma i idziemy do wody. W wodzie delikatnie natleniam mu skrzela. Sumik powoli odżywa. Jeszcze kilka pamiątkowych fotek i ryba gotowa jest odpłynąć.

pierwszy miarowy wąsacz



Panowie - obserwatorzy jakoś dziwnie patrzą na tę całą sytuację, gdy jestem z sumem w wodzie, ale powstrzymują się od jakichkolwiek komentarzy tylko uważnie obserwują. Podczas wypuszczanie sum bawił się ze mną w chowanego. Ja go wypuszczam, a on zamiast odpłynąć chowa się pod ponton. Ja go wyciągam, a on znowu swoje i pod ponton. Śmieszne to było, ale po kilku takich akcjach nareszcie odpłynął tam, gdzie jego dom. Uśmiech z twarzy nie schodził mi przez dłuższy czas. W wodzie umyłem się ze śluzu jaki pozostawił na mnie sum i powoli wychodzę z wody. W tej samej sytuacji Panowie nic nie mówiąc, z grobowymi minami, odwrócili się o 180 stopni i szybkim krokiem opuścili nasze stanowisko. Na początku nie mogliśmy zrozumieć dlaczego poszli. Po dłuższej chwili, chyba zrozumieliśmy. Nie umieli pojąć, jak to można wypuścić taką rybę, przecież to tyle mięsa ...

pierwszy miarowy wąsacz



pierwszy miarowy wąsacz



Do końca naszego pobytu ryby w ogóle nie chciały brać. Owszem, złowiliśmy jeszcze 2 piękne karpie: 8 kg i 10,5 kg i nic więcej. Ale nie można narzekać. Wyjazd był wspaniały. Ogromny sum, 2 ładne karpie i najważniejsze: kilkanaście dni spędzone w rodzinnym gronie. Cóż więcej trzeba?

Temat na forum: "Pierwszy miarowy wąsacz"

Przygotował Adam Szeglowski

Komentarze

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

Reklama w zamian za zniżki dla stałych użytkowników portalu.

Aktualnie online

Gości online: 32

Użytkowników online: 0

Łącznie użytkowników: 7,925
Najnowszy użytkownik: andrzej117

Shoutbox

Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

20 lipiec 2017 20:10
Witam

20 lipiec 2017 19:34
Witam

20 lipiec 2017 19:34
Dobry Usmiech

20 lipiec 2017 19:18
Czołgiem !

20 lipiec 2017 17:29
Witajcie.

20 lipiec 2017 15:29
Powitać Usmiech

19 lipiec 2017 21:44
Witajcie.

19 lipiec 2017 20:36
Witam

19 lipiec 2017 19:01
Siema

19 lipiec 2017 17:23
Dobry Usmiech

Archiwum shoutboksa

Wyprawy autokarowe Norwegia

Wyprawy autokarowe Norwegia

Polska baza wędkarska nad rzekę Ebro

Wyjazdy grupowe Ebro Hiszpania

Nasz baner

Forum Sumowe - portal sumowy
Wygenerowano w sekund: 0.09
26,483,590 unikalne wizyty